Opiekunki – Warszawa

Wrz 1, 2008 przez

Prawie ostatni weekend lata. Jak każdy – spędzamy nad jeziorem.
Jest tam nieduże osiedle domków letniskowych. Postawili je zupełnie przypadkowi ludzie, spragnieni ciszy i spokoju. Już po pierwszym sezonie wszyscy byliśmy zaprzyjaźnieni. A stało się to po spontanicznie zorganizowanym, pierwszym wspólnym ognisku.
Ogniska stały się one tradycją i zostały wpisane do harmonogramu letniego wypoczynku. Spotkanie przy ogniu rozpoczyna i kończy każdy sezon. Na taki wieczór zjeżdżają się wszyscy mieszkańcy. Nawet goście są mile widziani.
A więc, i w tym roku, na ten prawie ostatni weekend lata, Prezes (bo, jak przystało na dobrze zorganizowane osiedle, mamy swojego prezesa, który już na pierwszym spotkaniu, w demokratycznych wyborach wybrał się na tę funkcję z podkreśleniem, że obejmuje ją dożywotnio) wszem i wobec ogłosił zakończenie sezonu i noc pod gwiazdami.
Stawili się wszyscy, bez wyjątku. Każdy, również zgodnie z tradycją, przydźwigał z sobą gałęzie. Ognisko zapowiadało się imponująco!
I było wspaniałe! Pogoda dopisała, ogień sięgał gwiazd, dźwięki gitary mieszały się  z odgłosem trzaskających gałązek. Nikt nie zauważył, kiedy minęła północ. Kiedy dogaszaliśmy ogień, w szuwarach wodne ptactwo budziło się ze snu.
Powoli wstawał nowy dzień, a my, szczęśliwi, rozbawieni marzyliśmy o przyłożeniu głowy do poduszki.
Nie zdążyłam jeszcze zasnąć, kiedy wyrwał mnie z błogiego stanu zapadania w sen , dźwięk telefonu. Na wyświetlaczu pojawiło się znajome nazwisko. „Opiekunki – Warszawa”- skojarzyłam jak przez mgłę.
– Ona uciekła! Zostawiła mnie samego z dzieckiem! A żona w sanatorium! A ja muszę do pracy! Do pracy! – potok wykrzykników dobiega mnie z telefonu zachrypniętym ,zaspanym głosem.
– Kto uciekł? – pytam całkowicie wytrącona ze snu.
– Jak to – kto! Ona!! Opiekunka!!! – słyszę głos ,coraz słabszy, jakby odpływający i dźwięk odkładanej słuchawki.
Zdumiona  zamarłam w bezruchu. Nie zdążyłam nawet zareagować, kiedy po raz kolejny zadzwonił telefon.
– Najmocniej panią przepraszam!!! Za tamten telefon i te bzdury, które wygadywałem! – zupełnie przytomnym, pełnym skruchy głosem przepraszał mnie mój klient – To był sen! Koszmarny sen! Prawdą jest tylko to, że żona wyjechała do sanatorium.
– A opiekunka? – niepewnym głosem dopytuję.
– Właśnie robi śniadanie. Jeszcze raz najmocniej panią przepraszam.

autor: Adiutor – Opieka z zamieszkaniem do osób starszych, chorych i dzieci.

VN:F [1.9.22_1171]
Ocenki: 0.0/10 (0 głosów)
VN:F [1.9.22_1171]
Ocenki: 0 (z 0 głosów)

Podobne

Podziel się!